Santiago de Compostela z Oviedo – Camino Norte

przez Wojciech Warzecha
Camino de Santiago

z Oviedo do Aviles – 38 km w 10,5 godziny.

8 rano, temperatura ledwo 7 stopni C. Na początek lekki deszcz ale po chwili ulewa. W kościele spotykam małżeństwo, które  żałuje mnie, że mam przed sobą tak daleką drogę w taka pogodę. Uspokajają mnie, że lać ma tylko dzisiaj a później będzie już tylko lepiej. Błąkam się szukając sklepu sportowego (żeby kupić kijki) i Katedry. Jest zimno. Ludzie chodzą jeszcze w kurtkach puchowych. Ja mam na sobie koszulę, polar i wiatrówkę. Północna Hiszpania zdecydowanie bardziej podobna jest do Polski niż do naszych wyobrażeń o „słonecznej i gorącej Hiszpanii”. Nie miałem o tym pojęcia. Na szczęście w kościele jest ciepło i mogę się rozgrzać. Przychodzi mi na myśl zdanie „dobrze jest zacząć dzień w dobrym towarzystwie”. W końcu sklepy się otwierają i mogę kupić kijki. Bez nich trudno by się szło, zwłaszcza w błotnistym terenie. Idę do Katedry. Zwiedzane jest z biletami, ale dla pielgrzymów z paszportem jest zniżka. Katedra znana jest min. z tego, że jest w niej przechowywana chusta z twarzy Jezusa kiedy leżał w grobie. Jeżeli nie ma się za dużo czasu to warto iść zobaczyć chociażby część Katedry zwaną skarbcem. Miłym zaskoczeniem jest, że katedrę można zwiedzać  z audio przewodnikiem w języku polskim.

Pierwszy dzień idę z dużymi przewyższeniami. Na szczęście ulewny deszcz był tylko w pierwszej części dnia.  Później było już lepiej. Nie spodziewałem się tak niskiej temperatury pod koniec kwietnia. Trochę mi zimno pomimo tego, że idę dosyć szybko. Przez cały dzień nie spotkałem ani jednego pielgrzyma, czy kogokolwiek kto by szedł do Santiago.  Dziwnie się czuję idąc zupełnie sam. W poprzednich dwóch drogach ( w maju i wrześniu ubiegłego roku) co jakiś czas przynajmniej mijałem ludzi idących do Santiago. Podświadomie czuję pustkę i osamotnienie. Wiedziałem, że ta droga bywa rzadziej wybierana, jednak jest to dziwne uczucie, kiedy idzie się zupełnie, zupełnie samotnie. Późnym popołudniem trafiam na jakiejś wsi do restauracji. Początkowo chciałem tylko zjeść jakąś kanapkę z uwagi na brak czasu ale dwójka starszych Hiszpanów przekonała mnie, że jak dobrze zjem to mi się od razu będzie lepiej szło. Dzięki tym argumentom zjadłem pełny, dwudaniowy, hiszpański obiad: zupę grochową z kawałkami szynki i rybę z frytkami. Porcje były tak duże, że dwie osoby spokojnie najadły by się do syta.

Do Aviles dochodzę pod wieczór. Zauważyłem już, że kiedy jest taka potrzeba, pojawiają się nie wiadomo skąd pomocne anioły. W miasteczku trzech uczynnych, starszych Hiszpanów kieruje mnie do właściwej albergi. Robię zakupy jedzeniowe w sklepie i chyba trochę pogubiłem drogę. Nagle słyszę mocny gwizd,To na drugiej stronie ulicy macha do mnie ręką jeden ze spotkanych wcześniej dziadków. Odprowadza mnie pod same drzwi albergi. To utwierdza mnie w przekonaniu, że „na camino nigdy nie idziesz sam” i  że anioły nie zawsze muszą mieć skrzydła.

W alberdze, jest miło, ciepło i sympatycznie. Aha i jest internet.

z Aviles do Soto de Luina, 45 km w 12 godzin

w lesie

„To nie jest najszczęśliwszy dzień kłapouchego” mawiał osiołek z Kubusia Puchatka.

Ja mogę dziś powiedzieć o tym dniu tylko tyle – droga przez mękę. Przez większą część dnia pada deszcz, mniej lub bardziej intensywnie. Wieje zimny wiatr, który potęguje uczucie chłodu. Na dodatek na mapie jest 37 km a mi wyszło jeszcze jakieś dodatkowe 8 km. Jestem bardzo zmęczony. Późnym wieczorem trafiam do albergi, która jest umiejscowiona w starej szkole. Albergi, w której chyba jako jedyny zrobiłem pranie. Reszta suszy (wietrzy) odzież we wspólnej sali. Oględnie mówiąc śmierdzi. Jak się potem okaże (na szczęście) to była taka jedyna alberga na całej mojej drodze. Woda pod prysznicem „ciepła” tylko z nazwy ale da się wykąpać. Nie mogę zasnąć do 2:00 w nocy z zimna i „zapachów”. Już o 5:00 w sali zamieszanie bo wstają  Koreańczycy.  Ci raczej nie przejmują się pozostałymi śpiącymi. Wstaję o 7:00 z nadzieją na ciepłe śniadanie i kawę w barze. Niestety, otwierają go dopiero o 9:30.

/jeśli ktoś będzie się wybierał tą drogą, stanowczo odradzam nocleg w tej alberdze/

Z Soto de Luina do Luarca  38,5 km w 11,5 godziny

Na szczęście nie ma już deszczu. Całą drogę podobnie jak w poprzednie dni idę sam. Dopiero na godzinę przed końcem spotykam Czecha Daniela. Idzie utykając na lewą nogę. Idzie już 17 dni z Irun. Robi dziennie średnio 40 km, ale zdarzyło mu się iść 55 km kiedy na koniec dnia nie było miejsca do spania w ablerdze. Przez takie przesilenie ma problem ze spuchnięta nogą.

Dochodzimy do urokliwego miasteczka nad rzeką. Alberga (prywatna) jest tuż obok hotelu i należy do tego samego właściciela. Wchodzimy do środka a tu informacja, że rejestrację robi się w hotelu. Idziemy do hotelu a tam kierują nas z powrotem do albergi. (???) Ostatecznie przychodzi pani aby nas przyjąć. Prysznic, pranie i kolacja (jak co dzień). W kuchni przy kolacji poznajemy młodą Austriaczkę Jesice. Ona dla odmiany idzie dziennie 10-12 km i narzeka, że bolą ją nogi. Ma dużo czasu i nie spieszy się jej.

Po kolacji dopadają mnie straszne dreszcze. Nie potrafię utrzymać w rękach kubka z herbatą aby jej nie wylać, nie mówiąc już o pisaniu czegokolwiek. Pewnie zmęczenie i długie wystawienie się na promienie słoneczne w ciągu dnia, robią swoje. Na dodatek w prawą stopę wdało mi się chyba jakieś zakażenie pod odciskiem i mam chyba stan zapalny. Ogólnie nie pozostaje mi nic innego jak wejść do śpiwora, przykryć się dodatkowym kocem i ogrzać. Po niecałej godzinie jest już lepiej. Zasypiam.

Camino jest mężczyzną a alberga jest kobietą.
Camino rzuca ci wyzwanie, zachęca, mówi, ze dasz radę, a potem mówi „sprawdzam”. Na ile jesteś twardy, nieugięty, zdecydowany. W chwilach słabości posyła ci swoje anioły kiedy zgubisz drogę i zmusza do tego byś był uważny.
Alberga czeka na ciebie cały dzień aż w końcu przyjdziesz, doczłapiesz się, dowleczesz, by cię nakarmić, wygrzać ciepłym prysznicem, osuszyć, zabawić rozmową z innymi by w końcu dać przytulny sen.
Na Camino nie idziesz szukać rozwiązań czy pomysłów, to one cię znajdują. Wystarczy iść ..

z Luarca do Lacaridad 31,5 km w 10h

Cały dzień idę z danielem. On i ja kulejemy i idzie nam się wolniej. Trochę rozmawiamy ale większość czasu idziemy w milczeniu, pogrążeni we własnych myślach. Mam wrażenie, że Daniel potrzebuje towarzystwa. Szedł przez 10 dni z kolegą ale tamten musiał wracać. Daniel zebrał się rano dosyć szybko i czekał w kuchni. Myślałem, że czeka na Jesicę, tę Austriaczkę. Kiedy wychodziłem, pożegnałem go „Buen Camino” a on tak po prostu zebrał się i poszedł za mną. Trochę śmiesznie to wyglądało. Przez głowę przeleciała mi myśl „no to masz towarzysza podróży”. W sumie mi to na razie nie przeszkadza. Obydwaj mamy dobre tempo mimo obolałych nóg. Danielowi noga mocno spuchła w łydce i w końcu przekonałem go do zrobienia okładu z altacetu.

Alberga, do której doszliśmy w Lacaridat jest nowa, nie za duża ale czysta. Tej nocy spaliśmy w piątkę. Troje Hiszpanów i my. Mody student, nauczyciel Jose, Maria i jeszcze jeden starszy gość. Niewiele rozmawiamy ze sobą.  Wieczorem przyjeżdża hospitalero aby wpisać nas do książki gości, dać pieczątki do paszportów i zebrać opłatę.

Nad ranem budzi nas ulewny deszcz … taki, że nawet nie chce się wstawać. Jest chłodno i wietrznie.

z Lacaridad do Ribadeo 26 km w 7 godzin

Obudziłem się o 7:00 rano i lało!!! Nie było po co wstawać, żadnej motywacji. w końcu wyszliśmy z Danielem o 9:00. Najpierw wiało lekko, później coraz bardziej, aż w końcu wiało bardzo mocno na dodatek ulewnym deszczem z gradem. Na szczęście nie trwało to za długo. Na początek ubraliśmy tylko kurtki przeciwdeszczowe bo sądziłem, że to wystarczy. Jak dmuchnęło to było tylko szybkie zakładanie poncza i poczułem się jak żaglowiec z napiętymi żaglami. Ogólnie cały dzień dobry choć wietrzny.

W Ribadeo spotkaliśmy Hiszpana Jose. Pomyślałem, że niebo znowu zesłało nam anioła, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach na Camino. Była niedziela. Ribadeo to urokliwe miasteczko nad morzem.! maja Hiszpanie mają wolne i jak się okazało …. alberga przepełniona, hostel zajęty, inne hotele również. Pani w hostelu dała nam jakiś adres i trafiliśmy tam chyba jedynie dzięki uporowi i determinacji Jose. Pytał każdego jak tam trafić. Nnawet  policjantów z Guardia Civil. Myślę, że bez niego mielibyśmy duży problem ze znalezieniem miejsca do spania. Wieczór upłynął nam na kolacji w pizzerii. Długo gadaliśmy na różne tematy. Każdy mówił trochę o sobie, czym się zajmuje, po co idzie do Santiago, co chciałby robić w przyszłości. Na koniec doszła do nas Maria.

z Ribadeo do Laurenza 29,5 km w 8,5 godziny

Pogoda się poprawiła. Na szczęście nie pada ale nadal wieje zimny wiatr. Tu na północy Hiszpanii są zupełnie inne warunki pogodowe niż te jakie miałem podczas poprzednich Camino. To Camino zresztą też zaczyna być zupełnie inne od poprzednich. Jest dużo bardziej pofałdowane, góra-dół, góra-dół i tak na przemian, ale nie to jest chyba najważniejsze. Dziś w środku dnia w małej kawiarence na szlaku poznajemy Tomasa z Niemiec (ma polskie korzenie ale nie mówi nic po polsku) Jest właścicielem trzech firm z branży eventowej. Chyba się trochę wypalił zawodowo bo zostawił firmy na pół roku swoim wspólnikom i pojechał w świat. Zaczyna od Camino. Jest wyluzowany, ma czas, nie spieszy się i jak twierdzi chce trochę zwolnić w życiu. Chwile później przychodzi Maria, wyraźnie zmęczona drogą i wysokościami. Z rozmowy wynika, że Tomas i Maria kończą dzisiejszy marsz w najbliższej alberdze za kilka kilometrów a przede mną i Danielem jeszcze około 15-18 km.  Rozmawiamy, śmiejemy się i przekomarzamy, kto ma jak ciężki plecak i ile dziś jeszcze kto zamierza iść. Jest połowa dnia więc dla mnie szkoda go kończyć za kilka kilometrów. Proponuję wszystkim abyśmy poszli razem te 15-18 km, ale entuzjazmu nie ma. Pozostali chcą już kończyć na dziś. Wychodzimy wspólnie, trochę się poznajemy, rozmawiamy o tym po co każdy tu idzie i …. tak nam się dobrze razem idzie, że dochodzimy wszyscy wieczorem do albergi w Laurenza. Zażartowałem, że jesteśmy trochę jak Drużyna Pierścienia z Władcy Pierścieni. Każdego dnia ktoś dołącza do grupy, pomimo tego, że się nie znamy od początku dobrze nam w swoim towarzystwie. Wieczorem idziemy na wspólna kolację i w restauracji poznajemy Juana Carlosa. Mijaliśmy się już na trasie kilka razy. Kolację jeszcze jemy oddzielnie ale od jutra będziemy już szli w piątkę.

Od tego momentu, mam wrażenie, że moje Camino zaczyna być znacząco różne od pozostałych, wcześniejszych.  Nadal każdy z nas jest samodzielną i niezależną jednostką, może iść sam lub w grupie, rozmawiać lub milczeć cały dzień. To chyba ten moment, kiedy się mówi, że „na Camino nigdy nie idziesz sam”.

z Laurenza do Gontan 29 km w 9,5 godziny

O Camino Norte, krąży wiele opowieści. Na pewno jest wymagające i piękne. Jest ciche i mniej ludne.

Dzień prawie bez wiatru, jest słonecznie i bardzo pod górkę. Sama różnica poziomów ( nie licząc zejść i podejść) wynosi ponad 700 m. Dało się to nam we znaki. Do naszej „wesołej gromadki” dołączył dzisiaj Juan Carlos. Jak zobaczył, że idę w sandałach zmierzył mnie wzrokiem z góry na dół i zapytał, czy aby na pewno idę do Santiago? Kiwnąłem głową, że tak. W tych sandałach? Tak- powtórzyłem. I chcesz w nich tam dojść? Tak odparłem z uśmiechem. „Con dos cojones”!!! Tu należy dodać, że Juan Carlos jest Baskiem i w jego ustach to słowa uznania.

Dziś po raz pierwszy zdarzyło się coś dziwnego. Był duży upał i mocne podejścia pod górkę. Nasza grupa podzieliła się bo każdy szedł w dogodnym dla siebie tempie tak, że rozciągnęliśmy się na jakieś 2-3 km pierwszy od ostatniego. Po dojściu do Gontan, usiedliśmy przed wejściem do hostelu i jakoś nikt nie miał ochoty wchodzić do środka dopóki nie będziemy wszyscy. Normalnie to każdy od razu zrzucał by buty, szedł by pod prysznic, wyciągał się na łóżku aby odpocząć … a my siedzieliśmy przed hostelem i gadali ze sobą. W końcu weszliśmy do środka i zamówili na wieczór wspólną hiszpańską kolację. Po raz pierwszy chyba poczułem taką w pełni rodzinna atmosferę.

Dużo rozmów, śmiechu i planowania kolejnych dni. Juan Carlos na papierowym obrusie rozpisywał kolejne dni naszej trasy. Daniel i ja mieliśmy do Santiago 6 dni, Tomas 9 a Maria i Juan Carlos  nie mieli limitu czasowego, za to nie koniecznie chcieli iść dziennie odcinki po 35-40 km. Z drugiej strony stwierdziliśmy, że fajnie by było wejść do Santiago razem, dlatego też Juan Carlos rozpisywał co chwilę inaczej kolejne dni tak aby kilometry były rozłożone równomiernie i by wszystkim pasowało. Podziwiałem go za to zaangażowanie i chęć dogodzenia wszystkim, tym bardziej, że jedyny język jakim władał to hiszpański, co znacznie utrudniało mu komunikację.

z Gontan do Vilalba 23 km 8,5 godziny

O Xistral

Dziś był najlepszy jak dotąd odcinek Camino. Do przejścia mieliśmy jedynie 21 km i to po płaskim, ale nie to było najważniejsze. To był dzień niespiesznego relaksu, odpoczynku, rozmów i śmiechu, ciszy i śpiewu ptaków. Po 7 km trafiliśmy do dopiero co otwartej (2 tygodnie temu) albergi O Xistral. Cudownie gościnni gospodarze, bajeczne miejsce, cisza, spokój i atmosfera camiennego domu  – to wszystko sprawiło, że po przejściu całego dnia, wróciliśmy tu na nocleg. Dokładnie to było tak. Właścicielka Paula zaproponowała, że jak już dojdziemy do celu dzisiejszego dnia, a na miejscu w alberdze nie będzie nam się podobało, to oni po nas przyjadą, zawiozą do swojej albergi, tam zjemy kolację, prześpimy się, zjemy śniadanie a później odwiozą nas do miejsca skąd nas zabrali. To co z pozoru wydawać by się mogło szalonym pomysłem okazało się najlepszą decyzją. Doszliśmy do Vilalby, zdobyliśmy pieczątkę do paszportu, na komendzie policji i …. wróciliśmy do O Xistral.

Paula przygotowała zupę grochową, tapas z tuńczykiem, sałatkę, pieczywo z szynką a na deser wino i ryż na mleku (na słodko). Oprócz nas w albedze byli, Włosi, Niemcy, Norweżka, dwójka młodych Rosjan i my.  Gadaliśmy i  śmialiśmy się do nocy.

To też był dzień, w którym na poważnie musiałem zająć się moją prawa stopą bo coś za bardzo mi spuchła. Do końca nie wiem czy to infekcja czy jakieś ugryzienie. Ostatecznie jak się nic nie poprawi to pójdę rano do lekarza.

z Vilalba do Baamonde 21,5 km w 6,5 godziny

Do Santiago zostało nam już coraz mniej więc i dystanse są coraz krótsze.

Rano gospodarz odwiózł nas do Vilalby a dokładniej pod sam szpital, aby lekarz zobaczył moja nogę. Maria pojechała ze mną jako tłumaczka bo mój hiszpański pozostawia jeszcze wiele, wiele d życzenia. Czekając na wizytę stwierdziłem, że wszyscy chorzy są bardzo poważni i smutni a jedynie my z Marią gadaliśmy i śmialiśmy się z tej całej sytuacji. Maria stwierdziła, że „oni pewnie są bardzo chorzy”. Po oględzinach lekarskich dostałem zastrzyk antyhistaminowy i lekką sugestię, że nie mogę chodzić.

Dalej było jak w filmie „Droga życia”. Pod szpitalem czekali na mnie Juan Carlos, Tomas i Daniel (choć już co najmniej od godziny mieli być w drodze). To była dla mnie bardzo wzruszająca chwila. Ludzie, którzy dopiero co się poznali, którzy normalnie szli samotnie, stworzyli grupę przyjaciół, towarzystwo wzajemnie dbające o siebie.

Droga szła niespiesznie a ponieważ mieliśmy sporo czasu, banana break, mandarina break czy nuts break (przerwy ustanowione przeze mnie) odbywały się co kilka kilometrów.  tego dnia Tomas przez większą część dnia szedł sam. widocznie miał taka potrzebę.

Na kolacji, Juan Carlos jako mistrz od planowania i logistyki, zaczął układać plan na kolejne dni, tak abyśmy wszyscy razem mogli wejść do Santiago, mimo tego, że mieliśmy różne termin wylotów i powrotów. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa (kiedy wszyscy to same silne jednostki), grupa weszła w fazę konfliktu. Tomas miał samolot 11 maja, mój odlatywał 8 maja a Daniela 13 maja (ale on szedł jeszcze do Finistery). Maria i Juan Carlos nie mieli jeszcze biletów i dosyć elastycznie mogli gospodarować swoim czasem. W końcu zdecydowaliśmy, że do Santiago wejdziemy we czwórkę, Tomas dojdzie później i spotkamy się na pożegnalnej kolacji. Dla mnie to było bardzo ciekawe doświadczenie przedstawiania swoich argumentów, oczekiwań, przekonywania pozostałych do swojego pomysłu, w trzech językach jednocześnie.

z Miraz d Sobrado do Monxes 26,5 km w 9 godzin

Sobrado de Monxes

Poranek cudownie słoneczny. Wyszliśmy wcześnie więc „złota godzina” dla fotografa była jak marzenie. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia. Na wzgórzu mokre skały  po deszczu, drzewa w jasnym słońcu miały niesamowite kolory.

Później na zmianę słońce i deszcz ale to już nie robiło na nas większego wrażenia. Idziemy we trójkę, Maria, Juan Carlos i ja. Planowaliśmy iść jeszcze 8 km ale deszcz zatrzymał nas w Sobrado do Monxes … i bardzo dobrze. W miasteczku jest stary, zabytkowy klasztor. Wieczorem byliśmy na nabożeństwie , podczas którego mnisi śpiewali gregoriańskie pieśni. Nas uczestników tego nabożeństwa było chyba mniej niż samych mnichów. Dla mnie osobiście to było bardzo ciekawe doświadczenie.

z Sobrado do Monxes do O Pedrouso 40 km w 12 godzin

Podczas ostatnich kilku dni pogoda nie sprzyjała długim wędrówkom. Dzisiaj postanowiliśmy nieco nadrobić kilometrów. przed nami było wyzwanie 40 km. To był ostatni tak długo odcinek jaki mieliśmy przejść jednego dnia. Pogoda się polepszyła i to znacząco. Zrobiło się ciepło i cały dzień szliśmy w słońcu. Można by powiedzieć, że jeszcze się taki nie narodził co by człowiekowi dogodził. W pogodzie zawsze można na coś narzekać lub na coś czekać: za zimno – aby było cieplej, za ciepło – aby było chłodniej, za deszczowo- aby nie padało i odwrotnie. Tak czy inaczej pomimo perspektywy 40 km drogi szło nam się bardzo dobrze. Szliśmy we czwórkę, bo Tomas od dwóch dni szedł w pojedynkę. Gdzieś w powietrzu wisiały już nad nami myśli, że droga dobiega końca. jeszcze dwa dni i będziemy na miejscu. Po południu, Daniel zdecydował, że pójdzie inną drogą aby nadrobić nieco czasu i wejść do Santiago wcześniej. Bardzo zależało mu na dojściu jeszcze do Finistery. To było pierwsze pożegnanie.

Do O Pedrouso doszliśmy pod wieczór i w jednej z pierwszych restauracji, tuż przy ulicy spotkaliśmy Tomasa z nieodłącznym zimnym piwem w dłoni. Umawiamy się wieczorem na kolację, ale gdzieś przez skórę czuje, że to tylko takie ładnie brzmiące zapewnienia. Mam wrażenie, że im bliżej Santiago, tym bardziej myśli człowieka oddalają się od drogi a nieświadomie wracają powoli w kierunku domu, pracy, obowiązków.

Dzisiejsza noc będzie ostatnią przed Santiago. Idziemy spać wcześniej bo zamierzamy wyjść rano o 6:00 aby zdążyć do Santiago na 12:00 na mszę za pielgrzymów.

z O Pedrouso do Santiago de Compostela 21 km w 4,5 godziny

Dziś pobudka o 5:30. Okazuje się, że Maria wstała jeszcze wcześniej by wyjść przed 5:00 i iść sama drogą. Na łóżku zostawiła kartkę „do zobaczenia w Santiago”.  My idziemy z Juan Carlosem razem, w ciemnościach przez las przy świetle jednej tylko czołówki. Po drodze spotykamy Szweda, który nie ma żadnej latarki (???) i chce iść z nami. Niestety po krótkim marszu zostaje z tyłu. My dziś mamy naprawdę dobre tempo. O dziwo, pomimo tego, że Juan Carlos nie mówi po angielsku ca jakiś czas rozmawiamy ze sobą (w Santiago Maria pyta nas później jak wyglądał nasz marsz w milczeniu i dziwi się, że rozmawialiśmy ze sobą). Na Monte de Gozo mamy krótki odpoczynek i do Santiago mamy już z górki. Dosłownie i w przenośni.

Niektórzy mówią, że wszystko co dobre kiedyś się kończy. Chyba nigdy nie pogodzę się z tym twierdzeniem. Tak wcale nie musi być i to jest chyba jedno z moich caminowych odkryć.

Na placu przed katedra spotykamy Marię. Witamy się tak jakbyśmy się wieki nie widzieli. Pamiętam jak mówię jej, że to nie jest koniec naszego camino. To jedynie koniec pewnej jego części. Radość z dojścia do celu miesza się ze smutkiem końca drogo. Yuan Carlos, Grande Basco, płacze jak bóbr. Na koniec coś w nim pękło. Pewnie myśli i intencje z którymi szedł wyszły w końcu na powierzchnię i uwolniły się.

Idziemy odebrać Compostelki (potwierdzenie przejścia naszej drogi) i dalej na mszę za pielgrzymów. Mszę celebruje kilku księży z różnych stron świata w tym kilku, którzy właśnie skończyli swoje Camino. Od razu widać, że jest to msza za pielgrzymów i dla pielgrzymów. Nigdy nie widziałem w kościele tak różnie ubranych i wyglądających ludzi. Większość prosto z drogi, w strojach bardziej wędrownych niż wyjściowych, uśmiechnięci i zmęczeni, wielu siedzi przy podstawach filarów, niektórzy trochę przysypiają.

Santiago de Compostela Camino Norte

Może Ci się spodobać

Zostaw komentarz